Jest 7 grudnia 2015 roku. Ponury, śnieżny i zimny wieczór w Krakowie. Właśnie wsiadam do tramwaju z wielką torbą na ramieniu, w której mam stół do masażu. Jadę do pierwszego klienta, który zgłosił się do mnie dzień wcześniej. Jeszcze tego nie wiem, ale w tym momencie zaczyna się moja wielka przygoda z przedsiębiorczością i rozwojem biznesu.
Zapraszam Cię na cykl wpisów o mojej drodze biznesowej. W kilku wpisach pokażę Ci, jak zaczynałem od zera, skąd brałem fundusze, jak się szkoliłem, jakie błędy popełniałem. Wszystko szczerze, bez cukierkowości i cudownych historii – pokażę Ci, jak wyglądała (i nadal wygląda) ciężka, niejednokrotnie stresująca, ale koniec końców warta całego włożonego wysiłku droga mojego rozwoju jako przedsiębiorcy. Podróż przez tą historię podzielimy na pewne etapy: początki, przed zdobyciem tytułu fizjoterapeuty, rozwój w trakcie drugiego stopnia studiów oraz wydarzenia po ich zakończeniu. Wierzę, że pomoże Ci to, drogi czytelniku, wyciągnąć pewne lekcje i wnioski niezależnie od tego, na jakim etapie obecnie się znajdujesz.
Moje początki
Idąc na studia przyznam szczerze – od początku chciałem pracować indywidualnie z pacjentem. Sam w końcu często przebywałem w prywatnych gabinetach, lecząc swoje kontuzje. Fizjoterapii w ramach NFZ doświadczyłem jedynie raz – wystarczyło, abym zobaczył, jak ogromna różnica jest pomiędzy opieką prywatną a państwową. Jednak skąd u mnie w ogóle żyłka przedsiębiorcy?
Szczerze mówiąc – nie wiem! Nikt z mojego bliskiego otoczenia nie prowadził biznesu, moi rodzice są nauczycielami, duża część moich krewnych również pracowała w oświacie. Nie miałem kompletnie żadnej styczności z prowadzeniem firmy, żadnego doświadczenia, żadnej wiedzy. Mimo to, w jakiś sposób urzekła mnie wizja bycia swoim szefem i zapewniania bytu sobie samemu. Może odpowiadała za to wrodzona chęć rywalizacji nabyta w sporcie? Może niezależność, którą zawsze ceniłem? Może chęć udowodnienia sobie, że poradzę sobie sam? Zapewne wszystko po trochu.
Wracając jednak do początków. Po upływie wielu lat zauważyłem, jak wielkie szczęście miałem, doświadczając już w młodym wieku kontuzji, które (jak niejednokrotnie wspominałem) poprowadziły mnie na drogę rozwoju w fizjoterapii i osteopatii. Tak naprawdę od 14 roku życia wiedziałem, co będę w życiu robił. W rozwoju w tej dziedzinie była to wielka pomoc. Już w tym czasie zacząłem interesować się anatomią, leczeniem ruchem, terapią manualną – chłonąłem strony internetowe i materiały na ten temat jak gąbka. Dzięki tej wiedzy, nabywanej samodzielnie, jeżdżąc na zgrupowania zdarzało mi się wykonywać proste terapie potrzebującym kolegom, kleić tejpy, rozmasowywać nogi po treningach. Oczywiście nie zarobkowo, ale ten etap dał mi pierwsze (zapewne przypadkowe) sukcesy terapeutyczne i odczucie spełnienia. W rezultacie, idąc na studia miałem już sporą wiedzę na temat tego, jak pracują fizjoterapeuci, a w połączeniu z doświadczeniem bycia pacjentem wiedza ta pomogła mi lepiej zrozumieć, czego chce i oczekuje osoba poddawana zabiegowi.

Dlatego, po moich pierwszych praktykach oraz po nauczeniu się masażu klasycznego zapragnąłem postawić swoje pierwsze kroki w pracy indywidualnej z pacjentem. Nie posługiwałem się oczywiście tytułem fizjoterapeuty, a raczej oferowałem usługi z zakresu masażu. Zanim jednak zdecydowałem się na jakiekolwiek ogłoszenia i reklamy, chłonąłem wiedzę z wielu źródeł. Oglądałem filmy na YouTube, czytałem książki, czasopisma, badania, podręczniki. Ten etap uważam za bardzo istotny – nie miałem w końcu zbyt dużych środków pieniężnych, by inwestować w kursy czy też reklamę. Postawiłem więc na inwestycję czasu i energii w kształcenie.
A co z pieniędzmi?
Jak zapewne wiesz, nawet największe chęci nie wystarczą, żeby rozwój był trwały i dynamiczny. Do rozwoju jakiejkolwiek działalności potrzebne są pieniądze.
Nie pochodzę z bardzo zamożnej rodziny. Nie odziedziczyłem fortuny, nie wygrałem w lotka. Miałem jednak poczucie, że chcę pracować i zarabiać pieniądze. Zdając sobie sprawę z tego, iż na studiach będę ponosił wydatki, po maturze zdecydowałem się pójść do pracy.

Aby nie rozpoczynać kolejnej, długiej (choć naprawdę ciekawej) opowieści o tym, co robiłem w przed studiami oraz w ich trakcie, wypiszę listę prac, które wykonywałem, by zdobywać fundusze:
- kelner w restauracji
- zbieranie borówek w Szwecji
- pracownik inwentaryzacji
- szczepienie drzewek w szkółce roślin
- pracownik w winiarni w Luksemburgu
- masażysta w studiu treningu personalnego
- sędzia na zawodach lekkoatletycznych
- obsługa techniczna zawodów lekkoatletycznych
- opieka masażowa zawodów
Dodatkowo od drugiego roku studiów, z racji na osiągnięcia sportowe, otrzymywałem stypendium sportowe. W okresie nauki mieszkanie pomagali opłacać mi rodzice, dzięki czemu odciążyli mój budżet. Dodatkowo, od czasu do czasu wygrywałem nagrody w zawodach. Pieniężne odkładałem, niepieniężne starałem się spieniężyć. 😉
Jak widzicie, pracy się nie bałem, niekoniecznie związanej z przyszłym zawodem. Zarobione środki w części odkładałem, po części używałem ich do pokrycia codziennych potrzeb. Przez cały czas studiów nadal byłem czynnym zawodnikiem, w co również inwestowałem część zdobytych środków. Moim celem był jednak ciągły rozwój, więc grosz do grosza budowałem swoje oszczędności.

Nie były to duże kwoty, żyłem jednak bardzo oszczędnie. Nie imprezowałem dużo, część roku spędzałem na zgrupowaniach, co redukowało koszty wyżywienia.
Pierwsze kroki
Stół do masażu pomogli zakupić mi rodzice. Wtedy również zacząłem intensywnie myśleć, jak nie tylko wykorzystywać stół do nauki, ale również korzystać z jego posiadania. I tak powstał pomysł, by ogłaszać się jako masażysta.
Pierwsze ogłoszenie zamieściłem w serwisie gumtree oraz Olx. Były to czasy, w których naprawdę dało się zdobyć tam klientów. 😀 Na efekty nie czekałem długo – już na dwa dni po umieszczeniu ogłoszenia zgłosił się do mnie pierwszy zainteresowany. Usługa, którą zamówił klient, to masaż relaksacyjny całego ciała. Czas trwania – 90min, cena (o zgrozo) 80zł, wliczając w to dojazd.
Przez najbliższe kilka miesięcy od tego grudniowego wieczora pracy tego typu nie wykonywałem wiele – maksymalnie było to kilka zleceń miesięcznie. Trzeba jednak pamiętać, że jednocześnie studiowałem w trybie dziennym, trenowałem oraz (po prostu) żyłem studenckim życiem. Z perspektywy czasu oceniam, że na wczesnym etapie popełniłem znaczący błąd – bardzo nisko wyceniałem swoje usługi i czas pracy. Kompletnie nie zbadałem rynku, nie zorientowałem się, jakie stawki oferują inni masażyści. Po prostu chciałem ceną przyciągnąć klientów. Dosyć szybko jednak przekonałem się, że ilość poświęcanej na pracę i dojazdy energii (chociaż zdarzały się również sytuacje, w których znajomi przychodzili do mnie) jest znacznie więcej warta, niż moja stawka, wynosząca zazwyczaj 50zł/h pracy.
Strategia przyciągania niską ceną klientów na takie usługi jednak nie sprawdzała się zbyt dobrze. Osoby poszukujące taniego masażu zazwyczaj nie wracały, ani nie polecały mnie dalej. Na przestrzeni czasu zdałem sobie sprawę z tej zależności i (z duszą na ramieniu) podniosłem ceny. Niewiele – do 80zł/h pracy. Wystarczyło to jednak, by odsiać osoby poszukujące okazji, a zdobyć pierwszych poważnych klientów. Dzięki temu zaczęło trafiać do mnie coraz więcej osób, które wracały po usługi, chciały zadbać o swoje zdrowie, jednocześnie polecając mnie dalej. W rezultacie, pod koniec studiów licencjackich miałem już dosyć sporą bazę klientów, z których większość polecała mnie dalej oraz wracała.

Kolejnym krokiem, czy tez inwestycją, którą poczyniłem, był zakup mojego pierwszego samochodu. Citroen Xsara, rocznik 2001. Cóż to było a auto! Inwestycja ta pomogła mi dotrzeć do większej ilości osób. Nie mogłem na tym etapie pozwolić sobie na wynajem gabinetu, ilość osób, którą mogłem przyjąć w niezbyt atrakcyjnym mieszkaniu studenckim była bardzo ograniczona, a dojazdy komunikacją miejską zabierały zbyt dużo czasu. Samochód był więc naturalnym wyborem, by móc docierać do większej ilości osób.

Na ten krok zdecydowałem się w połowie 2016 roku. Koszt: 3500zł. Jak się okazało, do samochodu, ze względu na jego wiek, musiałem również sporo dołożyć, jednak była to niewątpliwie dobra decyzja. Zyskałem możliwości dojazdu w różne miejsca. Dojazdowy model działalności stał się dla mnie podstawą na kilka najbliższych lat.
Szkolenia – niezbędny, acz kosztowny element rozwoju
Oprócz zdobywania doświadczenia w trakcie praktyk, bardzo szybko postawiłem na szkolenia. Te zacząłem robić już na drugim roku studiów. Zacząłem od bardzo podstawowych: masażu bańką chińską i masażu tkanek głębokich, a także kursu kinesiotapingu. Te proste metody, w połączeniu z wiedzą nabytą na studiach nieco zwiększyły moją skuteczność i poszerzyły horyzonty, dzięki czemu mogłem pomagać większej ilości klientów i rozwijać swój mały biznes.
Kolejnymi szkoleniami, które zrobiłem jeszcze w trakcie studiów pierwszego stopnia fizjoterapii, były metoda FDM oraz anatomia palpacyjna. Po raz kolejny, oba kursy otworzyły mi nowe horyzonty pracy. Zacząłem pomagać w dosyć efektywny sposób osobom w stanach ostrych, które często potrzebowały szybkiej pomocy. Mój grafik nie był wypełniony, dzięki czemu byłem atrakcyjną opcją dla takich osób, nie będących w stanie czekać długo na wizytę.

Wspomnę jeszcze o jednej, bardzo ważnej kwestii. O ile płatne szkolenia stanowiły swego rodzaju dopalacz w mojej karierze zawodowej fizjoterapeuty, to wiedza dostępna bezpłatnie – książki, czasopisma, nagrania, oraz (co najważniejsze) regularne spotkania z moimi dwoma przyjaciółmi w celu nauki – były tym elementem, który utrwalał wiedzę oraz bardzo motywował do stawania się jeszcze lepszym terapeutą.

Uważam, że dzięki chęci inwestowania w siebie oraz ogromie nauki własnej, na etapie trzeciego roku studiów miałem doświadczenie oraz wiedzę, której mógł mi pozazdrościć niejeden absolwent studiów magisterskich. To dzięki temu byłem (jak na tamten czas) dosyć skutecznym praktykiem, co z kolei przekładało się na zainteresowanie pacjentów.
A co z reklamą?
Pewnie zastanawiasz się, jak docierałem do klientów. Odpowiedź jest prosta: głównie za pomocą poczty pantoflowej wśród rodziny i znajomych. Nie posiadałem fanpage’a na FB i IG (uważałem, że zacznę z tym dopiero po uzyskaniu tytułu licencjata). Nie posiadałem również strony internetowej. Początkowo zdobywałem pacjentów przez promowane ogłoszenia na Gumtree i Olx. Moją reklamą była poza tym jedynie moja skuteczność i zaangażowanie, które następnie docenili moi klienci. Tak rozwijałem pocztę pantoflową, często prosząc zadowolone osoby o polecenie mnie rodzinie i znajomym.
Miałem również niewypały. W moim przypadku kompletnie nie sprawdziły się ulotki oraz ogłoszenia z odrywanym numerem telefonu, które drukowałem własnym sumptem. Nie uzyskałem z nich żadnego zwrotu, a czas, który spędziłem na ich projektowaniu, roznoszeniu oraz przylepianiu był kompletnie niedochodowy. Trochę mnie to podłamało, a wizja poruszania się w świecie marketingu wydawała mi się czarną magią. Wolałem zostać więc przy polecających mnie osobach. Czasem na zgłoszenie ludzi, którym polecano moje usługi masażysty musiałem czekać długie miesiące, jednak dzięki dbałości o kontakty z pacjentami, osób przybywało.
Z perspektywy czasu wiem, że powinienem prowadzić fanpage, stronę internetową już wcześniej, używając mojej pasji do nauki i pisząc o ciekawych dla ludzi zagadnieniach. Kolejna, cenna lekcja.
Pogadajmy o pieniądzach
Ok, na pewno bardzo interesuje Cię, ile zarabiałem w tym czasie, jak kształtowały się moje stawki oraz ile pieniędzy inwestowałem w rozwój mojego małego przedsiębiorstwa.
Jak wspomniałem wcześniej, na początku bardzo nisko wyceniałem swoje usługi. Godzinna wizyta z dojazdem potrafiła kosztować u mnie na początku ok. 50zł. Stanowczo za mało! Zdając sobie z tego sprawę, w trakcie rozwoju działalności na studiach, stopniowo zwiększałem swoje stawki. Pod koniec licencjatu moja stawka za wizytę z dojazdem wynosiła 80zł-120zł (w zależności od odległości dojazdu), stopniowo skracałem też czas trwania wizyty – do 45min. Na dalsze podwyższenie stawek zdecydowałem się dopiero po studiach.

Na ten moment nie pamiętam dokładnie, ile w poszczególnych latach studiowania wynosiły koszty mojego działania i przychody od klientów. Pierwsze tego typu dane mam z 2017 roku, po zdawaniu licencjatu. Jestem jednak w stanie określić przynajmniej zbliżoną kwotę wszystkich przychodów z pierwszych lat działalności oraz kosztów, które poniosłem. Nie będę podawał tu źródeł zarobku poza działalnością masażową, skupię się jedynie na dochodach uzyskiwanych z niej. Liczby po stronie przychodów i kosztów kształtowały się następująco (stan na 08.2017):
Przychody:
- ok. 25000zł
Koszty:
- kursy (łącznie z kosztami przejazdu i zakwaterowania): ok. 17000zł
- samochód (kupno, paliwo, naprawy): ok. 11000zł
Jak widać, wyszedłem na minus. Dziurę w budżecie skutecznie jednak zasypywały dodatkowe źródła zarobku, o których wspomniałem wyżej. W efekcie, po skończeniu studiów I stopnia, miałem odłożone pieniądze i własne oszczędności, byłem już właściwie samodzielny finansowo.
Co dalej?
Po zakończeniu studiów długo się nie zastanawiałem. Postanowiłem, że naukę będę kontynuował na płatnych studiach zaocznych, a sam będę rozwijał swoją działalność. Nie czułem strachu z tym związanego, raczej ekscytację (czego nie można powiedzieć o moich rodzicach). Chciałem posmakować, jak będzie wyglądać działanie na własną rękę jako fizjoterapeuta. Jak się okazało – był to strzał w dziesiątkę! Ale o tym w następnej części.
Jaką naukę wyciągnąłem z tego okresu?
Przede wszystkim nauczyłem się tego, że warto ciężko pracować i pomagać ludziom, starając się jednocześnie prezentować najlepiej jak się da. Zrozumiałem, jak ważna jest prawidłowa wycena swojego czasu pracy. Dostałem lekcję, że w budowaniu działalności nie ma nic za darmo. Dodatkowo zauważałem też, jak wielką korzyść w rozwoju przynosi regularna nauka i poświęcenie rozwojowi.
Z perspektywy czasu widzę, że wtedy też zaczął się mój problem z próbą chwytania wielu srok za ogon. W przyszłości miało się to odbić na moim zdrowiu i zadowoleniu z drogi sportowej (o tym więcej w następnych częściach). Na tym etapie nie postawiłem sobie też jasnych granic co do czasu pracy, co w początkowym etapie rozwoju jest zrozumiałe, u mnie jednak stało się domyślnym trybem organizacji pracy na dłuższy czas. Nie umiałem też odmawiać i często dawałem się wykorzystywać.
Ogólnie rzecz biorąc ten czas był dla mnie ogromną frajdą i nauką. Czerpałem mnóstwo satysfakcji z pomocy ludziom, cieszyłem się, że buduję dodatkowe źródło zarobku. Dodatkowo motywował mnie fakt, że widziałem tempo i stopień swojego rozwoju. W kolejny etap wkraczałem z optymizmem oraz nastawieniem na sukces.
Pamiętny wieczór 7 grudnia był więc początkiem pięknej drogi. Drogi, którą idę do dzisiaj!
Tyle o tym etapie. W następnym opowiem, co działo się w trakcie studiów 2 stopnia fizjoterapii. Był to najbardziej szalony okres w moim rozwoju!
Tymczasem dziękuję Ci za przeczytanie wpisu. Mam nadzieję, że pomoże Ci on w budowaniu twojej drogi zawodowej, a jeśli już jesteś w trakcie budowania biznesu, zachęci do refleksji na jego temat! Zachęcam Cię do zostawienia komentarza. Odwiedź też moje pozostałe kanały: YouTube, Instagram, Facebook i TikTok, gdzie porównasz rzeczywistość opisywaną przeze mnie w tym artykule z teraźniejszością. Do usłyszenia!