Siła psychiki, czyli rekord trasy GPK 23km moimi oczami

Na końcowy wynik sportowy składa się wiele elementów, niekoniecznie widocznych dla zewnętrznego obserwatora na pierwszy rzut oka. Nie inaczej było w tym przypadku. Wiele osób było zaskoczonych czasem uzyskanym przeze mnie na trasie Hardej Dwudziestki Trójki w takich warunkach. Szczerze przyznam – ja też. 😁 Po głębszej analizie doszedłem jednak do wniosku, że nie mam być czym zaskoczony.

Kilka dni przed biegiem…

Do startu w GPK podszedłem bez żadnego odpuszczania. Oto, jak wyglądał cały tydzień poprzedzający bieg:

  • Poniedziałek: 10km + Siła biegowa (6 serii po 9 ćwiczeń na 60m) +6x200m
  • Wtorek: 4km na 15% nachylenia (6:32/km, HR144) + Siłownia 1h20′
  • Środa: 16km w terenie w tym 10km HR165-170 + 5×1′ mocno
  • Czwartek: 18km HR150 (3:55/km) + 10×100/100
  • Piątek: 30′ rower + Siłownia 1h15′
  • Sobota: 12km HR140 w terenie + 10x100m podbieg p. zbieg

Tydzień lekki nie był, jednak szczególnie trening w środę natchnął mnie do tego, że być może jestem w stanie pobić rekord trasy na 23km. Biegałem go również w Lesie Wolskim, a tempo uzyskane podczas 10km biegu ciągłego było niemal identyczne z tym, które uzyskałem na Ambitnej Jedenastce miesiąc wcześniej. Jednocześnie warunki do najlepszych nie należały – mnóstwo błota, padający mokry śnieg, który dodatkowo powodował brak przyczepności. Złapałem jednak potrzebną pewność siebie, powiedziałem nawet Kamili, że w niedzielę będę próbował lecieć na rekord.

Dzień przed startem jednak, podczas rekonesansu trasy, warunki były bardzo kiepskie. Śnieg, momentami lód, błoto – nawet w butach z głębokim bieżnikiem czułem się lekko niestabilnie.

Wydolnościowo i mięśniowo czułem się jednak dobrze, więc założyłem, że 1:32:xx będzie do osiągnięcia. Tu już jednak powtarzałem na głos, że rekord będzie musiał poczekać.

Ostatnie chwile

Wstając rano nie czułem się rewelacyjnie. Popatrzyłem za okno – a tam świeży śnieg. Dodatkowo chwycił mróz, spodziewałem się więc ślizgawki w Lesie. Zjadłem śniadanie, przygotowałem żele, picie.

Na miejscu zdecydowałem o ubiorze – było zimno (-4 stopnie, lekki wiatr), poleciałem więc w długich legginsach, koszulce termoaktywnej z długim rękawem, na to startówka z krótkim. Wiedziałem, że zapewni mi to komfort termiczny. Na nogach założone Hoka Evo Jawz. W pasie miałem 3 żele, żona na trasie miała podać mi jeszcze 250ml z węglowodanami – oprócz startu miałem również „trenować jelita”.

Ruszyłem na rozgrzewkę. Tutaj nie czułem jakiejś szczególnej mocy – było po prostu zwyczajnie. 2km truchtania, dwa rytmy. Szybkie opróżnienie pęcherza i ustawienie na starcie.

Jak wyglądał bieg z mojej perspektywy?

Rozpocząłem dosyć zachowawczo. Wiedziałem, że nie mogę podpalić się od samego początku, tym bardziej, że podłoże było niepewne. Pierwszy kilometr biegnie w całości pod górę, pokonałem go w ok. 4:01 – dosyć szybko! Tutaj czułem bardzo duży luz i zgodnie z zaleceniem trenera – napierałem, szczególnie zwracając uwagę na przejścia z podbiegu do zbiegu. Buty trzymały podłoże dobrze, więc nie doświadczałem większych uślizgów.

Na drugim kilometrze poczułem coś niepokojącego – chciało mi się sikać! Odczucie było intenstywne do tego stopnia, że realnie rozważałem hmmm… oszczędność czasu i załatwienie sprawy w biegu. Swoje odczucia skierowałem jednak na oddechm, na rytm uderzeń stóp o podłoże – pomogło.

Około czwartego kilometra zdałem sobie sprawę, że samopoczucie jest naprawdę dobre. Czułem tą dynamikę, moc w kroku. Leciałem mocno, jednocześnie jednak kontrolowałem swoje odczucia. Biegłem dosyć asekuracyjnie, nie chciałem przedobrzyć i ponieść się fantazji. Przy minięciu drogi przy klasztorze skontrolowałem międzyczas – biegłem pętlę na ok. 45:30. Biorąc pod uwagę samopoczucie, które miałem w tym momencie, pomyślałem „A może jednak dzisiaj to zrobię?” Zamiast się rozpraszać, skupiłem się jednak na zadaniach – rytmiczny, mocny bieg. Pierwszy żel zjadłem w 25. minucie biegu – wszedł bardzo dobrze.

Na zbiegach czułem się wyśmienicie. Dobór butów okazał się być trafiony idealnie – moje nowe Evo Jawz dosłownie gryzły glebę. Dodatkowo musze powiedzieć, że pierwsza pętla była przyjaźniejsza pod kątem podłoża, niż druga. Bieg na 23km jest pierwszym dystansem na długiej pętli, więc przez większość czasu pod stopą znajdowała się cienka, przyjemna warstwa puchu, który dodatkowo amortyzował na zbiegach.

Dobiegając do połowu dystansu zerknąłem na zegarek. 45:20. To w tym momencie poczułem krew. Wiedziałem, że drugą pętlę muszę polecieć minimum w 44:50, żeby zdobyć rekord. Dla niewtajemniczonych: na pojedynczej pętli czas 44:25 to dziesiąty czas w historii. Tutaj miałem pobiec niewiele wolniej drugą pętlę, by zdobyć rekord.

Wyciągnąłem drugi żel ok. 50′, jeszcze bardziej skupiając się na zadaniach, które mam na ten bieg. Nie pozwalałem głowie dojść do wniosku, jak szybko chcę pobiec drugą część dystansu, po prostu uwagę przekierowałem na mocny, rytmiczny krok, oddech, powtarzając w głowie „jesteś mocny, czujesz się dobrze” – i tak w kółko.

Około 55′ wziąłem od żony flaska, upiłem 4 łyki i oddałem. W trakcie pierwszego długiego zbiegu na drugiej pętli poczułem niepokój w dole brzucha. Jednak i tą myśl szybko zdławiłem, skupiając się na ustawieniu ciała, oddechu, kroku.

Idealny support!

Przebiegając po raz kolejny drogę przy klasztorze sprawdziłem, jak stoję z czasem – leciałem dosłownie na sekundy z rekordem. Tu już puściłem hamulce i zacząłem bieg na cienkiej granicy tego, co uważałem za mój maks w tej sytuacji. Cały czas czułem dynamikę i moc pod nogą, napierałem więc po swoje.

Ostatni czasowy punkt kontrolny mam przy rozwidleniu tras piątki i jedenastki. Znajduje się on ok. 4,1km od mety i jest to zdecydowanie najtrudniejsza część pętli. Czas na zegarku – 1:14:10. Zostaje mi więc 16min na pobicie rekordu. Tu już czułem się zmęczony. W głowie miałem jednak myśl o tym, jak będę się czuł bijąc rekord, ból odszedł więc na dalszy plan.

Leciałem już niemal na maksa. Jednocześnie z ciała płynęło przyjemne odczucie kontroli. Kto choć raz miał tzw. „dzień konia” wie, o czym mówię – mimo dużego zmęczenia byłem w stanie utrzymać rytm i tempo, a nawet przyspieszyć.

Końcowe kilometry minęły dość szybko. Ostry zbieg za kopcem poszedł wyśmienicie, ostatni podbieg również pobiegłem mocno. Na jego szczycie spojrzałem na zegarek – pokazał ok. 1:25:00. Wiedząc, że czeka mnie teraz zbieg, na którym nie mogłem popełnić błędu, włączyło się samoistnie widzenie tunelowe – byłem skupiony tylko na małym fragmencie gruntu przede mną, nie docierały do mnie inne bodźce oprócz tych wzrokowych i z podłoża. Moje skupienie doskonale pokazuje to zdjęcie z końcówki zbiegu:

fot. Michał Loska Photography

Został ostatni podbieg. Wiedziałem już, że jeśli nie stanie się katastrofa, rekord będzie mój. Skróciłem krok, mocnym rytmem pokonałem ostatnie wzniesienie i wpadłem na ostatnią prostą. Tu przywitał mnie doping żony – pomimo tego, że na mecie było całkiem pusto (oprócz spikera i Kamili stały tam może dwie osoby), to moja ukochana stworzyła dla mnie atmosferę i dała mi motywację do ostatniego wysiłku.

Wpadam na metę, patrzę na zegarek – 1:29:49. Rzadko to robię, ale w tym wypadku machnąłem pięścią w geście zwycięstwa i krzyknąłem „Jest!”.

Co sprawiło, że pobiłem rekord?

Wiele osób uważało, że nie były to optymalne warunki do szybkiego biegania – śnieg, lód, ślisko. Dodatkowo, poprzedni rekord Krzyśka przeze mnie, jak i wiele innych zawodników był uważany za najmocniejszy wynik w historii GPK. To wszystko prawda, ale:

  • Las Wolski i trasy GPK znam jak własną kieszeń
  • Ostatnie dwa miesiące biegania w Lesie to ślizganie po błocie i liściach, więc w znacznie gorszych warunkach
  • Czułem się naprawdę dobrze i wierzyłem w siebie
  • Idealnie dobrałem obuwie – Hoka Evo Jawz sprawdziły się wyśmienicie w tych warunkach!
  • Miałem dobrą strategię żywienia
  • Moje nastawienie mentalne było optymalne i ukierunkowane na danie z siebie wszystkiego
  • To był mój pierwszy start w barwach Hoka Garmin Team – czułem ogromne wyróżnienie i motywację
  • Miałem dzień konia. 😃

Dlaczego o tym wszystkim piszę?

Jestem naprawdę dumny z tego, co zrobiłem. Tak dobrze nie czułem się jeszcze ani razu o tej porze roku, a biorąc pod uwagę fazę treningu, skumulowane zmęczenie i jednostki, które ostatnio biegałem jestem ogromnie zadowolony, że robota z trenerem Andrzejem Orłowskim oddaje. Wielu pomyśli, że GPK to podwórkowe zawody, dla mnie jednak zawsze był to benchmark mojej formy i uwierzcie mi – rekordy są tu naprawdę mocne.

Jednocześnie chciałem zwrócić Wam uwagę na aspekt mentalny. Patrząc na warunki, czy też odczuwając parcie na pęcherz mógłbym mocno zwątpić w swoje możliwości. Nasz umysł jednak może często przezwyciężyć niedogodności i wydobyć z nas pokłady sił, których do tej pory nie znaliśmy. Zauważcie, ile razy mówiłem o mentalu w trakcie tego wpisu!

Życzę Wam wielu podobnych doświadczeń – na treningu czy zawodach zwróćcie uwagę na wasze myśli. Gwarantuję, że trenowanie skupienia mocno się opłaca.

Dzięki za dotrwanie do końca i do zobaczenia na biegowych szlakach!

Pamiętaj, że wszelkie przedstawione we wpisach treści są jedynie umieszczone informacyjnie, a swój stan zdrowia powinieneś skonsultować ze specjalistą! Możesz to zrobić wygodnie w Krakowie bądź w Bochni u moich specjalistów. Umówić możesz się pod numerem 660 320 525 bądź online: Umów wizytę.

W tekstach mogą znajdować się również linki afiliacyjne moich partnerów, dzięki którym mogę się rozwijać i zdobywać dodatkowe środki. 

O mnie

Jestem fizjoterapeutą, osteopatą, przedsiębiorcą i biegaczem górskim w Hoka Garmin Team. Na codzień pomagam pacjentom pozbyć się dolegliwości, rozwijam dwa gabinety oraz siebie jako sportowca. Swoją historią chcę pokazać Ci, że będąc zajętym człowiekiem można dbać o siebie i realizować pasje oraz marzenia!

Zobacz również
Wpadnij na YouTube!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *